TEL AWIW WELCOME TO!

Wieczór integracyjny rozwinął się dobrze.
Resztki zdrowego rozsądku podpowiedziały mi, że powinienem się jednak położyć już spać. Tak też zrobiłem. Nie powiem abym jakoś szczególnie wypoczął, bo raz, że bilans godzinowy był raczej średni a dwa,
że 8 pozostałych osób, z którymi dzieliłem pokój postanowiło dosyć wcześnie wstać. Syndrom dnia następnego przebiega bardzo łagodnie. Czyste powietrze, morze, klimat sprzyja.

Było nas trzech.

Ja plus moich dwóch nowych kolegów, Paweł Polak i latynoski Żyd z Ameryki, Merone. Ja i Paweł w Izraelu jesteśmy po raz pierwszy. Merone jest tutaj już drugi raz, w związku z czym, naturalnie przyszło, że został wyznaczony na pilota tejże wycieczki. Plan na środę mieliśmy raczej ten sam. Idziemy na plażę.
I zupełnym przypadkiem przylecieliśmy jednym samolotem, mieszkamy w tym samym pokoju i mamy zamiar wrócić tym samym lotem.

Po drodze na plażę zahaczyliśmy o jedno z bardziej wyjątkowych, jak gdzieś przeczytałem, miejsc w tym mieście.

Z czego Izrael słynie tak bardzo?

A z przypraw słynie, z owoców, hummusów, oliwek i chałw, czyli szeroko pojętej grupy produktów spożywczych.
A gdzie w te najlepiej się zaopatrzyć, żeby było lokalnie, pachnąco, smacznie i nie jest to klimatyzowany supermarket, których wszędzie na świecie po kokardy?
A na bazarze.
Tak, Izrael, tak samo jak cały Bliski Wschód, znany jest m.in. z bazarów. Zatem, idąc na plażę, zahaczyliśmy o Carmel Bazar. Największy i najbardziej znany bazar w Tel Awiwie.
Szczerze napisawszy to nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, taki targ w Będzinie tylko, że nazywa się karmelowy, produkty ciut bardziej egzotyczne no i Panowie trochę głośniej zapraszają po ich towary.
Tak czy inaczej bardzo przyjemnie było wejść w tę przestrzeń pełną zapachów i kolorów.

Niektóre stoiska, zapachem na pewno, ale kolorem też, mogłyby i samą tęczę zawstydzić.

Środek środy, więc tłumu nie było, pewnie liczba sprzedających przewyższała tych kupujących.
Wydostaliśmy się z bazaru przeciwległym wejściem i znaleźliśmy się na terenie przypominającym zajezdnię autobusową.
Przez chwilę wokół nas nie było prawie nic, resztki rozklekotanych budynków z jednej, pola spalonej słońcem trawy z drugiej strony.
Ale z trzeciej… nagle z trzeciej strony wyrósł, niczym oaza na pustyni meczet. Ogromny meczet.
Ten meczet pasował tam jak pięść do oka, tak samo jak i ta zajezdnia autobusowa i połowa miasta.

Nie wszędzie jest tu przesadnie ładnie, ale wybrzeże jest na sto procent!

Kilkanaście niesamowitych kilometrów białego, 3 razy zmielonego piasku, mnóstwo morskiej wody w odpowiednio wysokiej temperaturze, a jeśli dodamy do tego jeszcze kilka palm dla ozdoby, mamy wyjątkowy przepis na zupełnie piękne miejsce.
Plaża w Tel Awiwie jest bardzo ważna.

Są joginki, są surferzy, nie ma brzuchów, parawanów,
jest bikini, nie ma slipów, Panie topless, ciepła woda.
Jest pogoda, jest i słońce!

I, że niby to Rio jest stolicą kultu ciała?
Pewnie też, nie wiem, w Rio jeszcze mnie nie było ale TLV też się jakiś mały przydomek w tej sprawie należy.
Lato w pełni. Pierwszą część dnia spędziłem prawie nicnierobiąc.
Jedyną czynnością natury fizycznej były przenosiny z palmowego cienia do delikatnie falującego morza.

Dosyć szybko zrobiło się wczesne popołudnie, zgłodnieliśmy a, że samym leżeniem człowiek się nie naje, tak więc postanowiliśmy znaleźć jakiś niedrogi punkt gastronomiczny.
Oczywiście, że chcieliśmy pójść na łatwiznę. Nie wypatrywaliśmy wtedy kulinarnych wyżyn, ale też nie chcieliśmy trafić w głęboką depresję, z drugiej strony. Pięknie zacieniony dwustolikowy ogródek na chodniku zrobił na nas wystarczająco dobre wrażenie. Wyniuchawszy pewien zysk, przesympatyczny Pan właściciel przekonał nas, że już otwiera i zaraz będzie gotów zaserwować nam najlepsze w tej części miasta, oczywiście, że tak, szarmy i falafele. Do wyboru pozostał nam jedynie stopień ostrości i rodzaj zewnętrza, czyli pita bądź lafa bread (koszt takiej przekąseczki to 20-25PLN). Merone łamaną hebrajszczyzną zamówił nam co trzeba. Upraszczając, my z kultury raczej kebabowej i mimo, że fanem nie jestem, to trochę wiedziałem czego mogę się spodziewać, bo kebab obcy mi nie jest.

Ślinianki szaleją, w brzuchu burczy, godzina mija, przesympatyczny w dalszym ciągu Pan właściciel łagodzi sytuację oferowanym przezeń zimnym piwem (koszt takiej przekąseczki to 30PLN), co na chwilę pozwala nam, zapomnieć mu wszystkie dotychczasowe niedogodności i nagle, w ostatnim już momencie, rzutem na taśmę, wjeżdżają pierwsze sztuki!

Siedzimy we 3 młodych młodzieńców, debatujemy nad sensem życia.

Niestety przyszedł już czas, że byłem najstarszy. Obok nas siedzi, tak na oko ze 130 letnia Pani Żydówka, która okazała się być wróżką. Pani czyta z gwiazd, a jak się dowiedziała, że jesteśmy, przynajmniej częściowo, z Polski, tak bardzo się ucieszyła, że nawet wyjęła papierosa z ust, aby pochwalić się babcią z Krakowa. Prześwietliła każdego z nas jednym okiem, tak jakby w szukała tam czegoś konkretnego. Same dobre rzeczy ze mnie wyczytała, że dobrze z oczu patrzy, że wszystko fajnie.
Niczego od nas w zamian nie oczekiwała, więc niech jej będzie.
Zjedliśmy co mieliśmy zjeść, ładnie się pożegnaliśmy i poszliśmy w swoją stronę.
W podzięce za długie oczekiwanie Pan zaprosił nas na darmową kawę ‘whenever you will be around’ po czym nie omieszkał wskazać na swój naprzeciwległy sklep wielobranżowy. Cóż, jak widać każdy kija ma dwa końce. Już nigdy więcej się nie widzieliśmy. Sam szarm był OK.

Tel Awiw niby taki mały ale wszędzie daleko.

Wracając do hostelu, zahaczyłem o supermarket. Zaopatrzyłem się w interesujące mnie produkty, zrobiłem ze 2 rundki wokół, sprawdzając ceny. Sytuacja wygląda tak, że jest grupa produktów zbliżonych do cen, które znamy i lubimy, jest też oczywiście grupa produktów bardzo drogich, trzeba samemu znaleźć interesujący nas balans.

Właśnie teraz nadszedł czas na najbardziej praktyczne pytanie wyjazdu;
Czy TEL AWIW da się zrobić nie, że tanio, ale nie bardzo drogo? DA SIĘ!

Na wielkie słowa i odkrycia przyjedzie jeszcze czas. Dzisiaj, zupełnie na spokojnie chciałem oswoić się z miastem i klimatem.
Jutro wybieram się do Jerozolimy. A, że mój nowopoznany kumpel, latynoski Żyd z Ameryki, Merone doskonale zna Jerozolimę, to postanowiliśmy pojechać tam sami, na tak zwaną własną rękę.

A teraz piszę „SPRAWDZAM”! Czy ktoś pamięta nieciekawą, pełną narkotyków i prostytucji okolicę pewnego dworca autobusowego? No to na pewno domyślacie się skąd odjeżdżają busy do Jerozolimy. Odcinek pt. „Jerozolima” będzie zupełnie odrębną historią. Nie mogę inaczej. Izrael to jedno, Tel Awiw to drugie a Jero to zupełnie coś innego.
Dzisiaj zamierzam być mądrzejszy i się wyśpię, przynajmniej taki jest plan.

#t4yl

02.10.2017

TEL AWIW-JAFA, IZRAEL, A.D. 5 777.

29.08.2017

Polska… W tej bałtyckiej niepogodzie jest co najmniej jeden pozytyw.

28.06.2017

Włochy, Neapol… Będąc w Neapolu wybrałem właściwie!

26.06.2017

Włochy, Neapol… Noc była młoda, tak młoda, że skończyć się nie chciała….

01.06.2017

Włochy, Rzym… Moje TOP10 czegokolwiek zachowam dla siebie…

26.04.2017

Hiszpania, Majorka… Spakowaliśmy naszą Pandę i ruszyliśmy w drogę.

24.04.2017

Hiszpania, Majorka… Pierwszym przystankiem, naturalnie była Palma.

16.03.2017

Urugwaj, Montevideo… Montevideo to bardzo dobry pomysł na pierwsze spotkanie z Ameryką Południową.

21.02.2017

Urugwaj, Montevideo… Jesteśmy w Urugwaju!